Artykuły
Typografia
  • Smaller Small Medium Big Bigger
  • Default Helvetica Segoe Georgia Times

Kiedyś, żeby móc nazywać się pisarzem, trzeba było przymierać głodem, ekstrawagancko się ubierać i chodzić na tajemnicze spotkania tylko dla mężczyzn. Te niedogodności były jednak niczym w porównaniu z zaszczytem, jakim było noszenie miana pisarza. Należało się do elitarnego grona, a i każdy literat zawsze towarzysko mógł sobie pozwolić na więcej... A dzisiaj? Dzisiaj nawet nie trzeba mieć przysłowiowego ołówka i kartki papieru, gdyż każdy z nas w kieszeni trzyma małą maszynę do pisania. Więc piszą wszyscy: starsi i młodsi, kobiety i mężczyźni; ci bardziej inteligentni i ci mniej... I każdy z nich chce się nazywać pisarzem. Ale czy to naprawdę już wystarcza?

W podstawówce każda z dziewczyn miała bloga. Kaśka i Klaudia pisały o siatkarzach, bo były w nich zakochane, Aśka o Orlando Bloomie, bo też była w nim zakochana, a Kinga klepała fanficki do Harry'ego Pottera, bo... też była w nim zakochana! Piętnaście lat później nic się w tej kwestii nie zmieniło. Internet pełen jest opowiadań o celebrytach: kiedyś to było Tokio Hotel, teraz Justin Bieber i One Direction, choć i oni powoli odchodzą w niepamięć. Pełno jest również fanfiction i to nie tylko samego Harry'ego Pottera - śmiem twierdzić, że nie ma książki, filmu czy gry, do której nie istnieje twórczość fanowska. Kiedy więc już dziesięciolatki publikują swoją twórczość, to znaczy, że... są pisarzami?

Elitarny papier?

Można się pokusić o stwierdzenie, że skoro papierowe książki w erze internetu wciąż się mają całkiem nieźle, to prawdziwym pisarzem jest ten, kto fizycznie coś publikuje - tak jak to od wieków funkcjonowało. Idziemy do księgarni, patrzymy na półkę i widzimy nazwisko autora. Tak, to jest pisarz, chciałoby się rzec, więc wydaje się swoje ciężko zarobione złotych trzydzieści pięć i wraca się do domu z literaturą. A w środku? Pełno błędów ortograficznych, stylistycznych i interpunkcyjnych. Czytelnik w pierwszej chwili myśli: chyba poskąpiono na redakcję i korektę, ale zaraz nachodzi refleksja, że przecież ktoś, kto jest pisarzem nigdy nie napisałby czegoś takiego jak wiewiurka, chałas czy osiemdziesiont (OSIEMDDZIESIONT!!!), prawda?! Potem jest jeszcze gorzej: kiedy główny bohater raz jest Kubą, raz Kamilem, a raz Klaudiuszem; kiedy pracoholik notorycznie spóźnia się do pracy; kiedy wegetarianka zjada hamburgera, kiedy okazuje się, że autor sam zapomina o tym, co napisał trzy strony wcześniej i sam właściwie nie wie, o czym jest jego książka... To jak można takiego twórcę nazwać pisarzem?

Różne drogi na półkę

Wydanie książki nic nie znaczy. Światy literackie - internetowy i papierowy - przenikają się wzajemnie i nie ma reguły, gdzie znajdzie się bardziej wartościową twórczość. Wciąż przecież funkcjonuje pojęcie prawdziwego pisarza, który ma odpowiednie wykształcenie, przebył właściwą sobie drogę i jest uznawany na całym świecie - vide Stephen King, który jest jednym z najbardziej płodnych i znanych autorów. Mamy też historię jak z bajki, o kobiecie, która w oczekiwaniu na pociąg wymyśliła powieść, której nikt nie chciał początkowo wydać - a dzisiaj jest milionerką i pisarką w tradycyjnym tego słowa znaczeniu (a mowa oczywiście o J.K. Rowling). Ale na półkach łatwo jest znaleźć mnóstwo bestsellerów, które narodziły się na blogach, a potem zostały tylko przepisane na potrzeby książek (E.L. James czy na naszym polskim rynku Katarzyna Michalak). Patrząc jednak na walory powieści tych drugich autorek, można zacząć się zastanawiać, czy to właśnie internet jest źródłem problemów papierowych książek?

Nie takie różne wczoraj a dziś?

Zanim powstały blogi, aby wydać swoją książkę, trzeba było ją najpierw napisać, a potem wysłać do wydawnictwa. I czekać na cud, bo wciśnięcie druku książki debiutanta między bestsellery było bardzo nabożnym życzeniem (vide wspomniana już Rowling). Szybszą drogą zawsze była wcześniejsza praca - w gazetach, magazynach - to tu zdobywano pierwszych czytelników i wyrabiało renomę swojemu nazwisku (King). Tylko... Czy to nie brzmi znajomo? Kiedyś gazety - dzisiaj fora i blogi - pozwalały aspirującemu do miana pisarza rozwinąć skrzydła: stać się rozpoznawanym i znaleźć czytelników, aby wydać książkę pod własnym nazwiskiem.

Problem polega na tym, że do gazety nie mógł pisać każdy - a internet przyjmie każdą, najbardziej absurdalną twórczość - dlatego mamy wysyp idealnych bohaterów, z których każdy jest alter ego autora. I wszystko jest nieszkodliwe, dopóki w sferze marzeń jest romans z celebrytą czy postacią z jakiegoś fandomu - coraz większym problemem jest przedstawianie prawdziwych postaci jako gwałcicieli czy pedofilów (w pozytywnym świetle!) oraz oczernianie ich rodzin albo usprawiedliwianie przemocy.

Znam książki - tak, wydane książki - gdzie wielka miłość zaczyna się od brutalnego gwałtu; takie, gdzie ojciec alkoholik nie interesujący się swoimi pociechami jest przedstawiony jako ofiara opieki społecznej, która chce mu odebrać dzieci. Ciekawe, że ich autorzy zaczynali właśnie na blogach.

Zły internet?

W sieci pełno jest dużo gorszych historii, które stawiają brutalnych i samolubnych bohaterów w pozytywnym świetle - historii pisanych przez nastolatki, ale i przez dzieci. Historii, które nie są ukryte gdzieś w darknecie, ale są dostępne na zwykłych blogach, forach czy innych stronach zrzeszających młodych piszących ludzi. Historii, które mają wielu czytelników przyklaskujących takim, a nie innych wzorcom. To są najcięższe grzechy internetowej twórczości. Te lżejsze, na szczęście dużo mniej szkodliwe, są częściej spotykane: brak logiki, fabuły, charakterów postaci czy podstawowe problemy z pisownią.

Poza tym, internetowa społeczność piszących jest specyficzna i w dużej mierze opiera się na relacji jeden do jednego: Hej, fajny rozdzialik, wiedziałam, że on to zrobi, to takie słiiiit! hihihi ;**** wpadnij do mnie, napisałam kolejną część!

Może jak się napisze milion takich komentarzy, to zdobędzie się jakieś sensowne grono czytelników, którzy nie będą nam odpowiadali w takim stylu... Zaś, nie daj Boże, zwrócić komuś uwagę na błędy! Zawsze kończy się oskarżeniem o hejt i zazdrość. Czy więc internet naprawdę jest siedliskiem wszystkiego, co najgorsze i psuje wszystko, co dobre w rynku wydawniczym? Zdecydowanie nie. Jeżeli wyrzucimy te wszystkie śmiecie, okazuje się, że w sieci można znaleźć naprawdę zdolnych ludzi, którzy piszą tak, że zapiera dech w piersiach. Piszą tak, że czytelnik odlicza niecierpliwie dni, godziny i minuty do kolejnej publikacji. Piszą tak, że niejednego prawdziwego pisarza mogliby zawstydzić. I dla tej twórczości warto nie demonizować internetu.

Droga na skróty

Poczytny blog może być trampoliną dla domorosłych pisarzy. Jak ktoś jest naprawdę znany w internecie - wydawnictwo samo może się nawet skontaktować ze szczęściarzem. Zazwyczaj jednak jest tak, że czytelników aż tak dużo nie ma, jednak przekonani o swoim wielkim talencie, blogerzy samodzielnie wydają swoje książki. Jak? Self-publishing, który doczekał się swojego polskiego odpowiednika: samopublikowanie. Idzie człowiek do wydawnictwa, kładzie na stole dwadzieścia tysięcy (to taki przykład; w rzeczywistości cenniki są różne i zależą od objętości książki, nakładu, redakcji i wielu, wielu innych spraw) i za parę miesięcy może się on cieszyć, że w biblioteczce stoi okładka z jego nazwiskiem. Oczywiście, zjawisko self-publishingu jest znacznie szersze i nie ogranicza się jedynie do blogerów i papierowych książek, ale w wielu przypadkach (zwłaszcza młodych pisarzy) tak to właśnie wygląda. Tak więc idąc do księgarni, mamy miks różnych autorów: tych, którzy sobie to wypracowali; tych, którzy mieli trochę szczęścia; tych, którzy sobie to kupili; tych, którzy są celebrytami (bo każda książka napisana przez nazwisko z pierwszych stron tabloidów zawsze dobrze się sprzeda) i tych, co sobie to zapewnili kilka wieków wcześniej i trafili do kanonu lektur.

Co oznacza więc bycie pisarzem w dzisiejszych czasach? Myślę, że nie znajdziemy żadnej uniwersalnej definicji: wszak nieważne, ile autor ma na koncie bestsellerów, ile wydał papierowych książek i ile tak naprawdę pisze - zawsze może on być nie pisarzem, a po prostu zwykłym grafomanem.

PerTutti - Logo
Helios - Logo
Mediatory - Logo
Miasto Rzeszów - Logo
Spotkania z podróżami - Logo
Rzeszów - Herb
Pliki cookie ułatwiają świadczenie naszych usług. Korzystając z naszych usług, zgadzasz się, że używamy plików cookie.
Dalsze informacje Ok