Artykuły
Typografia
  • Smaller Small Medium Big Bigger
  • Default Helvetica Segoe Georgia Times

W ten niezwykły dzień - jedyny taki w całym roku - chcemy zaprosić Was do przeczytania opowiadania. Usiądźcie wygodnie, z kubkiem ulubionej herbaty w ręce i uwierzcie, że w Wigilia naprawdę jest wieczorem cudów...

Zimowy, mroźny i śnieżny zmierzch. Oświetlany przez latarnie miejskie, przybrudzony sypanym piaskiem, cichy i spokojny, jak żaden inny wieczór w roku. Na ulicach próżno było szukać choć jednego samochodu; na chodnikach próżno było szukać choć jednego człowieka. Raz na jakiś czas co ważniejsze ulice miasta przecinał jakiś zbłąkany, pusty autobus miejski, którego kierowca myślami był zapewne gdzieś daleko. Tak samo jak drobna, szczupła kobieta, która w za dużym płaszczu i czapce naciągniętej mocno na uszy, przemierzała puste i ciche ulice.

Jedyny taki dzień w roku.

Skostniałe dłonie włożyła w kieszenie kurtki, chcąc chociaż trochę ochronić delikatną skórę rąk przed mrozem. Ostre powietrze, pozbawione posmaku spalin, wdzierało się przez nos do jej płuc, szczypiąc niemiłosiernie, dlatego zasłoniła twarz szalikiem. Ten jeden, jedyny w dzień roku miasto nie pachniało samochodami, lecz zimą – jednak nikt nigdy nie powiedział, że zapach zimy jest przyjemny...

Śnieg skrzypiał pod jej butami, kiedy szybko stawiała krok za krokiem. Starała się nie patrzeć w okna mijanych domów i bloków, gdzie były zapalone światła. Wiedziała, co zobaczy, gdy w nie spojrzy: szczęśliwe twarze i pojednane rodziny. Nie rozumiała, co takiego jest w tym jednym dniu w całym roku, że ludzie, którzy nie odzywali się do siebie przez całe dwanaście miesięcy, dzielą się opłatkiem i padają sobie w ramiona. Nie rozumiała, bo nigdy tego nie doświadczyła.

Dlatego teraz, w ten piękny, zimowy, wigilijny wieczór, Agnieszka samotnie przemierzała ulice miasta, starając się zapomnieć, że w wynajmowanym mieszkaniu nie czekał na nią nikt. I nie było mieszkania, gdzie czekałby na nią ktokolwiek.

Było jej zimno, bolały ją stopy od zbyt szybkiego marszu w przyciasnych butach i raz po raz pociągała nosem, przeklinając się w myślach za to, że zapomniała wziąć chusteczek. Nie zawracała jednak w stronę mieszkania, bo ból fizyczny pozwalał odegnać smutek i żal. Jak bardzo by chciała mieć z kim spędzić Wigilię. Jak bardzo by chciała, by ktoś o niej pamiętał. Jak bardzo by chciała mieć szczęśliwą, kochającą rodzinę...

Postawiła kolejny krok i straciła równowagę. Spadła na pupę, obijając ją sobie sporo i, przeklinając w myślach zamarzniętą kałużę, której nie zauważyła, spróbowała się podnieść.

– Cholerni drogowcy, nawet nie potrafią dobrze posypać...

I wtedy to usłyszała.

Ciszę i spokój tego pięknego wieczoru przeszył śmiech. Nie należał on jednak do dziecka ani nie było w nim grama prawdziwej radości. Niósł za to w sobie złowieszczy ton, który sprawił, że Agnieszka poczuła ciarki na plecach.

Podniosła się pospiesznie z chodnika i otrzepała spodnie zziębniętymi dłońmi. Ten zły, przenikający do szpiku kości i okropny śmiech, dobiegał zza zakrętu uliczki, w której się przewróciła. Nie należał do jednej osoby; musiało być ich tam kilka, a właściwie kilku, bo ten rechot zdecydowanie wydobywał się z męskich gardeł. Agnieszka zamarła.

Miała wybór: mogła odwrócić się na pięcie i uciec z tej przeklętej uliczki, nie narażając się na spotkanie z bandą kiboli czy innych chuliganów, którzy nawet w ten wigilijny wieczór nie potrafili kogoś nie dręczyć. Z drugiej jednak strony doskonale wiedziała, co oznaczał ten śmiech: mieli ofiarę. A skoro tak, to ktoś może właśnie tam leży w śniegu, atakowany, bezbronny...

Serce jej biło jak szalone. Co robić, co robić, co robić... Wokół nie było żywego ducha, a śmiech dochodzący zza uliczki narastał. Jak na złość, okna otaczających ją domów były ciemne i puste... Choć i tak nie miała nadziei na to, że ktoś jej by pomógł. Co robić, co robić, co robić... Przełknęła ślinę, bo w ustach jej zaschło. Aga, jaka ty jesteś głupia, zadzwoń na policję! Trzęsącymi się ze zdenerwowania dłońmi, sięgnęła do kieszeni płaszcza po komórkę i odblokowała ekran. Smartphone zawibrował, wyświetlił komunikat o rozładowanej baterii i padł. Gdyby nie strach, który zaczął ją oplatać, przeklęłaby pod nosem, pomstując na złośliwość losu. Co robić, co robić, co robić...

Do jej uszu dobiegł jeden, rozdzierający dźwięk, który nie przypominał niczego, co dotąd słyszała w życiu. Przeniknął ją i dotarł aż do jej duszy, która już nie mogła pozostać obojętna na krzywdę tego, kogo dopadli bandyci. Schowała prawą rękę do kieszeni i wymacała scyzoryk, który zawsze nosiła. To była jedyna rzecz, której nauczyli ją rodzice...

Nie pozwalając sobie na zbędne myślenie, ruszyła do przodu, w stronę wyjścia z uliczki. Wyszła zza zakrętu, starając się wyglądać na pewną siebie i ukryć to, jak bardzo rozdygotana była w środku.

I zobaczyła ich.

Bandę smarkaczy, bo inaczej nie mogła ich określić. Na pewno byli młodsi, a ona wcale ze swoimi dwudziestoma dwoma latami nie była staruszką. Zebrani w kółeczku, pochylali się nad czymś lub nad kimś i śmiali się złośliwie, raz po raz trącając swoją ofiarę nogami.

– Ej, wy tam! – zawołała i postąpiła krok do przodu.

Schowaną rękę zacisnęła jeszcze mocniej na scyzoryku. Poczuła ból, ale nie myślała o nim; nie myślała o niczym, bo jakby zaczęła myśleć, to wiedziałaby, że właśnie popełnia samobójstwo.

Jak jeden mąż, wszyscy odwrócili głowy w jej stronę. Było ich pięciu, niektórzy niżsi, niektórzy wyżsi, ale żaden nie wyglądał na starszego. Zaskoczyła ich, ale jej przybycie nie zdjęło złośliwych uśmieszków z ich twarzy.

– Cze, lalunia, co tam? – zagadnął największy z nich i ruszył w jej stronę.

Wyglądał na ich lidera. W zbyt drogich ciuchach i z włosami postawionymi na żelu; w rozpiętej kurtce, pod którą widać było tylko firmowy podkoszulek, choć na dworze było przecież dobre minus piętnaście stopni. Agnieszka nie lubiła takich pozerów.

Przystanęła i starając się opanować drżenie całego ciała, poczekała aż chłopak do niej podejdzie. Nie wiedziała, czy to mądre. Pozwoliła się mu zbliżyć i zebrawszy całą odwagę, jaką w sobie miała, spojrzała mu wyzywająco w oczy. Wzdrygnął się pod wpływem siły tego spojrzenia.

– Co chcesz, mała? – zapytał, starając się ukryć, że stracił trochę rezonu. – Nie wiesz, że takie dziewczyny jak ty, nie powinny samotnie chodzić o tej porze?

Nie przestraszyła się tej zawoalowanej groźby. Zamiast tego, postąpiła krok w bok, próbując dostrzec, co zajmowało smarkaczy, zanim się pojawiła.

Na śniegu leżała mała, czarna, rozpaczliwie szarpiąca się kulka czegoś. To coś bardzo próbowało się wydostać, ale nie mogło z jednego, prostego powodu – było przywiązane na lince, którą trzymał jeden z zebranych. Kiedy rozpaczliwie zawyło, zrozumiała, że to kot.

A potem dostrzegła petardę w ręku kolejnego ze smarkaczy.

– Zwyrodnialcy!

Rzuciła się w przód. Nie myślała nad tym, co robi. Największy próbował ją złapać, ale uchyliła się pod jego ramieniem i wpadła wprost na kolejnego z bandytów. Chwycił ją silnie w pasie, unieruchamiając ręce, ale nie miał pojęcia, jak duże ona ma doświadczenia z wychodzenia z takich sytuacji. Kucnęła szybko, zaskakując przeciwnika, dzięki czemu wyrwała się z jego ramion. Popchnęła z całej siły jego nogi, wrzucają go w śnieg. Wstała i, widząc kolejnego nadchodzącego chłopaka, wyciągnęła z kieszeni otwarty scyzoryk i wycelowała w jego stronę.

– Nie radzę – powiedziała powoli i starała się, by jej głos brzmiał najbardziej złowieszczo, jak tylko potrafi. – Ja nie mam nic do stracenia, a ty masz taką ładną buźkę...

Nastolatek zawahał się i ten moment wystarczył, by kopnęła go między nogi. Upadł, zwijając się z bólu i przeklinając ją na wszystkie sposoby.

– Wariatka! Żeby dla jakiegoś futrzaka tak się wydurniać! Weź go sobie, głupia krowo, tylko uważaj następnym razem w ciemnej uliczce! – rzucił w jej stronę największy.

Wziął od kolegi linę, na której trzymali kota i zamachnął się, jakby zarzucał lasso. Zwierzę poderwało się z chodnika i obróciło wokół jego głowy, po czym zostało rzucone w zaspę. Za nim poleciała odpalona petarda.

Rzuciła się w stronę śniegu. Szybko odnalazła futrzaka, wzięła go na ręce i zaczęła uciekać, ile sił w nogach. Za sobą usłyszała huk wystrzału i złośliwe śmiechy smarkaczy. Nie zwracała na to uwagi. Przytuliła do siebie zwierzątko i biegła tak szybko, jak tylko potrafiła, uważając, by tylko się nie przewrócić. Zatrzymała się dopiero wtedy, gdy ten przerażający rechot ucichł.

Próbując złapać oddech, delikatnie odsunęła od siebie futrzaka. Linka oplątała się wokół wątłego ciałka, więc sięgnęła po scyzoryk i uwolniła z niej kota. Ten, poczuwszy mniejszy uścisk, od razu próbował się jej wyrwać, ale go przytrzymała. Zwierzę syknęło na nią i próbowało ugryźć, ale się uchyliła. Złapała je pewniej i spojrzała mu prosto w pyszczek.

To były najśliczniejsze oczy, jakie widziała w życiu.

Poczuła coś ciepłego między palcami i zrozumiała, że to krew. Kociak miał ranę na karku – niezbyt dużą, ale głęboką. Syczał na nią i próbował się wyrwać, ale nie wypuściła go. Nie potrafiła go zostawić na mrozie, nie po tym, jak zawalczyła o jego życie.

Decyzja była prosta: dostać się jak najszybciej do domu i znaleźć weterynarza.

Wtuliła w siebie wyrywające się zwierzę i ruszyła pędem w stronę mieszkania. W tym momencie nie było ważne, że właściciel kategorycznie zabraniał trzymania zwierząt, ani to, że nigdy w życiu nie opiekowała się żadnym futrzakiem.

– Trzymaj się, malutki – szepnęła i delikatnie pogłaskała główkę.

Musiała go uratować.

A ten, jakby zrozumiawszy jej intencje, w końcu przestał się wyrywać.

***

Dwadzieścia minut później wspięła się na trzecie piętro i otworzyła kluczem drzwi do mieszkania. Przywitała ją ciemność i cisza, które jej nie zaskoczyły – przecież wszyscy jej współlokatorzy wrócili na święta do domu. Zapaliła światło i spojrzała na trzymanego kotka. Jego oczka świeciły i obserwował ją uważnie, nie rozumiejąc, co się dzieje. Wiedziała, że nie może go położyć gdziekolwiek, bo jej zwieje. Nie ściągając płaszcza i butów weszła do łazienki i tam zamknęła kota. Dopiero wtedy się rozebrała.

Uruchomiła laptopa i podłączyła telefon do ładowania. Czekając na komputer, odnalazła swój stary koc i pudełko po butach. Włożyła pled do kartonu i takie prowizoryczne posłanie umieściła w łazience. Kot siedział schowany pod szafką z umywalką. Nie śmiała go stamtąd wyganiać.

Zrobiła szybkie rozeznanie w internecie: kociak dostał ciepłej wody w miseczce i kawałek surowej piersi z kurczaka, którą miała przygotowaną na jutrzejszy obiad. Wyrywał się, gdy go wyciągnęła spod szafki, ale dał sobie odkazić ranę, poczuwszy zapach mięsa. Dopiero wtedy mogła zacząć szukać weterynarza.

Całodobowe pogotowie weterynaryjne...

Wykręciła numer i czekała. Jeden, sygnał, dwa, dziesięć.

Kolejny numer.

Jeden sygnał, dwa, siedem, automatyczna sekretarka.

Kolejny.

Jeden sygnał, pięć...

Kolejny, kolejny, kolejny...

Załamana miała ochotę rzucić telefonem. Takie duże miasto i żaden z weterynarzy nie odbierze w Wigilię?!

Kolejny, kolejny, kolejny...

– Gabinet weterynaryjny Zdrowy Pies, słucham?

Serce Agnieszki zabiło mocniej, gdy w końcu odebrano telefon.

– Dzień dobry, proszę pana, mam taki problem...

– Jest pani pewna, że to nie może zaczekać? Jest Wigilia...

– Niestety nie, znalazłam kotka na ulicy i nie wiem...

– Rozumiem. Wie pani co, mnie teraz nie ma na miejscu, ale proszę spróbować zadzwonić do doktora Nowaka, on prowadzi gabinet Vet Plus, powinien być na miejscu.

Rozczarowanie było gorzkie.

– Dzwoniłam tam, proszę pana, nikt nie odbiera – powiedziała, bliska płaczu.

– W takim razie nie mogę pani pomóc. Bardzo przepraszam. Do usłyszenia.

– Do widzenia... – wyszeptała już sama do siebie.

Odłożyła telefon i ukryła twarz w dłoniach. Co robić, co robić, co robić...

Już miała się poddać, gdy do jej uszu dotarło miauczenie kota z łazienki. Podniosła się z miejsca i ruszyła tam.

Leżał na środku, na kafelkach. Nie zjadł dużo, choć przecież widziała, jak bardzo żywiołowo zareagował na zapach mięsa. Miseczka z wodą była nietknięta, za to w rogu dostrzegła kałużę moczu. Podeszła do niego powoli i przysiadła. Podniósł łepek i spojrzał na nią, swoimi pięknymi, niebieskimi, smutnymi oczami.

Nie miała nigdy kota ani żadnego innego zwierzęcia, ale kilka artykułów przeczytanych w internecie wystarczyło, by wiedziała, że musi go naprawdę boleć, skoro przed nią nie uciekał. Nie mogła go tak zostawić. Po prostu nie mogła.

Wyszła z łazienki i wróciła do komputera. Strony gabinetów weterynaryjnych z jej miasta się skończyły, ale może istniał jakiś lekarz, który nie miał oficjalnego serwisu? Musiała mieć nadzieję.

Przeglądnęła kilka for internetowych. Mijała godzina, odkąd przyniosła futrzaka do domu. Natrafiała wciąż na te same nazwiska, telefony, które nie były odbierane lub które nie istniały...

Nadzieja umierała ostatnia.

Na dziesiątej stronie wyszukiwarki natrafiła na wątek na forum sprzed pięciu lat. Użytkownik zachwalał weterynarza, który uratował jego kota. Doktor Kowalski. Nie spotkała tego nazwiska wcześniej. Pospiesznie wklepała w telefon numer podany przez forumowicza i czekała na połączenie. Jeden, sygnał, dwa, trzy...

– Słucham?

Głos w słuchawce należał do młodego mężczyzny, który był wyraźnie niezadowolony z tego, że mu przeszkadzano.

– Dzień dobry, czy dodzwoniłam się do doktora Kowalskiego, weterynarza? – zapytała nieśmiało Agnieszka.

Mężczyzna po drugiej stronie westchnął głęboko, wyraźnie zirytowany.

– Tak, dodzwoniła się pani. I czego pani od niego oczekuje w ten wigilijny wieczór?

Był opryskliwy. Miała ochotę się rozłączyć, ale musiała odłożyć na bok dumę; wszystko dla tego małego futrzaka zamkniętego w jej łazience.

– Bardzo przepraszam, że pana niepokoję – przełknęła ślinę. – Żaden weterynarz nie odbiera...

– Jak pani myśli, dlaczego?

– Nie rozumie pan! Znalazłam rannego kota, on naprawdę potrzebuje pomocy.

– To pani czegoś nie rozumie. Zakłócanie miru domowego w taki wieczór, tylko dlatego, że pani się wydaje, że pani kot jest pępkiem...

Słowa zostały przerwane, Agnieszka usłyszała jakieś szmery w słuchawce. Mężczyzna, który z nią rozmawiał, wyraźnie zaczął się kłócić z jakimś innym, ale nie potrafiła zrozumieć, o czym rozmawiali. Nie rozłączyła się jednak, pełna nadziei. Musiała czekać, ale nie trwało to długo.

– Doktor Mikołaj Kowalski, dzień dobry, w czym mogę pomóc? – W słuchawce odezwał się głos na pewno nienależący do jej poprzedniego rozmówcy.

Mężczyzna, z którym teraz rozmawiała, był zdecydowanie starszy i milszy.

– Dzień dobry, panie doktorze, ja naprawdę przepraszam, ale znalazłam rannego kota na ulicy i żaden weterynarz nie odbiera, a ja nie umiem się zajmować zwierzętami i tak strasznie się o niego boję... – wyrzuciła z siebie na jednym wydechu.

– Dobrze, proszę przyjechać. Zagrodowa 11, wie pani, jak dojechać?

– Bardzo dziękuję! Proszę się nie martwić, poradzę sobie.

Dopiero gdy się rozłączyła, zrozumiała, że po jej policzkach ciekną łzy ulgi i szczęścia. Uratuję cię, mały, szeptała do kociego ucha, gdy opatulała zwierzaka kocem przed wyjściem. Wierzyła, że to był właśnie wigilijny cud.

***

Taksówkarzowi zapłaciła ostatnie pięćdziesiąt złotych. W portfelu zostały jej tylko dwa dziesięciozłotowe banknoty, ale miała nadzieję, że lekarz pozwoli jej rozłożyć płatność na raty. Nie myślała o tym, że do połowy stycznia nie będzie miała za co kupić jedzenia.

Dwupiętrowy dom, który zbudowano jeszcze czasach PRL-u był ładnie z zewnątrz odnowiony. Nieśmiało wspięła się po schodach prowadzących do drzwi wejściowych i, po raz kolejny upewniwszy się, że to ten adres, nacisnęła dzwonek do drzwi. Krótko i nieśmiało, wiedząc, że przerywa rodzinne spotkanie. Ta świadomość jej ciążyła, ale musiała zrobić to wszystko dla tej małej, nieszczęsnej kupki futra, która ufnie wtuliła się w jej ramiona.

Światło w oknie wiatrołapu zapaliło się i drzwi otworzył jej mężczyzna.

Od razu poznała, że to jest pierwszy z jej rozmówców – ewidentnie nie był zadowolony na jej widok. Nie przypominał jednak czarnego charakteru i nie wyglądał na człowieka złośliwego – raczej na zmęczonego i nieco... smutnego? Spojrzał na nią swoimi ciemnymi oczami i poczuła, że się rumieni.

Pierwszy raz w swoim życiu zarumieniła się od spojrzenia mężczyzny.

Przełknęła wstyd i przywitała się grzecznie, starając ukryć drżenie głosu.

– Dzień dobry, mam na imię Agnieszka i przyszłam do doktora Kowalskiego.

– Dzień dobry – odparł jej, ale nie był już niemiły. – Przepraszam panią za tamtą rozmowę.

– Nie szkodzi. Rozumiem, że pan się zdenerwował.

Nie odpowiedział. Wpuścił ją do środka i zamknął za nią drzwi.

– Proszę na górę.

Wnętrze nie było bogate, ale starała się go nie oglądać za bardzo, nie chcąc wyjść na wścibską. Mężczyzna, który przedstawił się jej jako Michał, poprosił, aby zaczekała na klatce schodowej, po czym zniknął za drzwiami prowadzącymi zapewne do właściwej reszty domu. Usłyszała podniesione głosy, a za chwilę w tym samym wejściu stanął mężczyzna, który był dużo starszą kopią Michała. Miał te same ciemne oczy, okrągłą twarz; ten sam duży nos i te same pełne usta. Był nieco niższy i tęższy, ale wcale nie był gruby. Z całej jego postawy jednak biło niesamowite ciepło; gdy była mała, właśnie tak sobie wyobrażała dziadka, którego zawsze chciała mieć.

– Dzień dobry – przywitała się grzecznie. – Ja w sprawie kotka...

– Dzień dobry, pani Agnieszko. Proszę pokazać to nieszczęsne stworzenie.

Odsunęła od siebie zawiniątko, które trzymała jak największy skarb i podsunęła je lekarzowi. Ten wziął kota na ręce, a zwierzę, jakby wiedząc, że mężczyzna nie zrobi mu krzywdy, nawet się nie poruszyło, wpatrując się w niego. Lekarz zaprosił kobietę do gabinetu, który był za kolejnymi drzwiami. Tam, położywszy zawiniątko na stole, rozwinął kocyk i zaczął badać futrzaka.

Agnieszka wpatrywała się jak zaczarowana, jak delikatnie łapał kociaka, sprawdzając jego uszy i pyszczek; oglądając ranę i badając brzuszek. Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, jak kurczowo zaciska na swoich ramionach dłonie, do momentu, gdy nie poczuła dotyku na swoich plecach. Dopiero wtedy zauważyła, że do gabinetu wszedł również Michał.

– Proszę się nie martwić – powiedział do niej. – Tato na pewno mu pomoże.

– Tak właściwie to jej – odparł lekarz. – To kotka. I nic poważnego jej nie jest, za wyjątkiem tej rany. Faktycznie dość paskudna... Nie wie pani, co jej się stało?

– Tak właściwie to wiem... – westchnęła Agnieszka.

Nie chciała mówić o tym, co zrobiła, ale wiedziała, że musi powiedzieć prawdę lekarzowi.

– Banda smarkaczy się nad nim znęcała. Był owinięty linką, rzucili w nim śnieg, a za nim petardę. W ostatniej chwili udało mi się go zabrać...

– Odważna pani jest. Kicia dostanie kroplówkę, bo jest osłabiona, oczyścimy też ranę. Jest trochę zaniedbana i wychudzona, ma też pchły, ale poradzimy sobie ze wszystkim. Teraz potrzebuje dużo spokoju. Najlepiej byłoby ją zostawić tutaj na parę dni, jak wydobrzeje, to wróci do pani.

– Nie bardzo. Właściciel mieszkania, które wynajmuję, nie zgadza się na zwierzęta. Nie będę miała, gdzie jej trzymać...

– To trzeba jej będzie znaleźć dom w takim razie – westchnął Mikołaj.

Głaskał kotkę delikatnie po główce. Wtulała się ufnie w jego rękę, jakby wszystko rozumiała. Otworzyła oczy i spojrzała prosto na Agnieszkę, po czym podniosła się i postawiła krok w jej stronę. Kobieta podeszła do stołu i pogłaskała kicię, rozczulona.

– Co to za dźwięk? – zapytała zaskoczona, usłyszawszy cichy warkot.

Weterynarz zaśmiał się.

– Ona mruczy. Chyba nie będzie pani miała wyboru. To nie pani przygarnęła kota, ale kot panią.

Agnieszka posmutniała.

– Naprawdę nie mogę trzymać zwierząt. I nie mogę sobie pozwolić na zmianę mieszkania...

– Proszę o tym teraz nie myśleć. Czasem najprostsze rozwiązania są w zasięgu ręki... Proszę teraz spokojnie wrócić do domu, do rodziny, kotka tutaj wydobrzeje, a potem zastanowimy się, co zrobimy z naszą małą gwiazdą...

Agnieszka uśmiechnęła się.

– No tak. Gwiazdka... idealne imię – zaśmiała się, spoglądając w niebieskie oczy kotki, ale zaraz potem posmutniała. – Nie będę już panom zabierać czasu. Ile jestem winna? – spojrzała na weterynarza, obawiając się odpowiedzi.

Mężczyzna uśmiechnął się.

– Oczywiście, że nic. Jest Wigilia, pani już zrobiła dobry uczynek, pora na mnie. Proszę wrócić do rodziny, bo na pewno się o panią bardzo niepokoją.

– Nie do końca – kobieta szepnęła sama do siebie, przypominając sobie, że na kolację wigilijną przygotowała sobie puszkę sardynek. – Dziękuję – dodała już głośniej.

Wyszła z gabinetu, odprowadzona przez obydwóch mężczyzn.

– Przepraszam, że jestem taki wścibski, żona zawsze mnie za to gani, ale nie mogę się powstrzymać. Wydaje mi się, że jest pani bardzo smutna...

– Ciężki dzień – odparła krótko.

Ciężki dzień, ciężkie dzieciństwo, ciężkie życie...

– Ktoś po panią przyjedzie? Ma pani jak wrócić do domu? – dopytywał nadal weterynarz.

– Tak. Nie. Nie wiem... Proszę nie pytać – zamotała się, nie wiedząc, jak odpowiedzieć na takie pytania.

– Jeżeli nie ma pani, z kim spędzić Wigilii, proszę powiedzieć. W ten wieczór nikt nie powinien być sam.

– Ależ ja naprawdę nie chcę się...

Mężczyzna jej nie słuchał. Otworzył drzwi prowadzące w głąb domu, a do jej uszu dotarł śmiech dzieci. Uderzył w nią aromat barszczu, grzybów i smażonej ryby – zapachy, które czuła już przy wejściu, ale zajęta kotem, skutecznie je ignorowała. Zaburczało jej głośno w brzuchu i zawstydziła się.

– Basiu, będziemy mieć gościa! – zawołał Mikołaj.

W jej polu widzenia zaraz pojawiła się starsza kobieta, która najpewniej była żoną weterynarza. Zobaczywszy Agnieszkę, podeszła do niej szybko, zaskoczona.

– Moje biedne dziecko! Jakie wychudzone! Kochanie, czy ty w ogóle coś jesz? I naprawdę nie masz z kim spędzić Wigilii?

Patrząc w szczere i jasne oczy kobiety, Agnieszka nie potrafiła skłamać. Pokręciła tylko głową, czując zażenowanie i wstyd. Tak bardzo pragnęła tego, co ci ludzie chcieli jej dać, ale tak bardzo bała się, że na to nie zasługuje i nie powinna wpraszać się do ich życia...

– Biedactwo! – zawołała kobieta i pociągnęła gościa za sobą.

Agnieszka przekroczyła próg korytarza. Zabrano jej płaszcz, przyciasne buty zimowe zamieniono na ciepłe pantofle i zaprowadzono do salonu, który pachniał ogromną choinką stojącą w rogu. Stół nakryty białym obrusem czekał na rozpoczęcie kolacji, a wokół niego biegała dwójka dzieci – chłopiec i dziewczynka, obydwoje rudzi i piegowaci. Na jej widok zatrzymali się i przystanęli, przyglądając jej się z zaciekawieniem. Kobieta i mężczyzna siedzący do tej pory na kanapie, podnieśli się ze swoich siedzeń, również patrząc z zainteresowaniem na gościa. Nie było wątpliwości, że kobieta jest matką tych dzieci – zdradzał ją kolor włosów i piegi – a mężczyzna jej mężem oraz drugim synem Mikołaja.

Zestresowana Agnieszka przystanęła w drzwiach i zacisnęła nerwowo ręce.

– Moi drodzy, dzisiaj kolację wigilijną zje z nami Agnieszka. Pozwolę sobie mówić po imieniu – weterynarz uśmiechnął się do dziewczyny, a ta przytaknęła.

– Dziadku, dziadku, a będzie miejsce? – zapytała ruda dziewczynka.

– No właśnie dziadku, gdzie ona usiądzie? – dopytywał jej brat.

Mikołaj zaśmiał się.

– Kochani, od tego właśnie jest dodatkowy talerz dla tajemniczego gościa. Dzisiaj w naszym domu nie będzie pustego miejsca. Dzisiaj jesteśmy pełną rodziną – powiedział, ale jego głos trochę się załamał i oczy się zaszkliły.

Agnieszka nie rozumiała tego. Nie rozumiała, dlaczego pani Basia położyła dłoń na ramieniu męża, a rodzice rudych dzieci ścisnęli swoje ręce, jakby pokrzepiająco.

– W tym roku straciliśmy córkę – Mikołaj znów zwrócił się do Agnieszki. – I mam wrażenie, że właśnie ją odzyskaliśmy.

Pozwoliła się wtulić i przytulić każdemu. Przestało jej przeszkadzać, że jest w wytartych dżinsach i starym sweterku, podczas gdy pozostali są elegancko ubrani. Dowiedziała się, że Mikołaj jest bardzo zaangażowany w pomaganie schroniskom i trochę za rzadko bywa w domu, stąd początkowa niechęć Michała do pomocy. On z kolei dopiero skończył studia i pracował jako architekt. Jego starszy brat miał na imię Wiktor i wraz z żoną Anią mieli dwójkę cudownych bliźniaków: Kasię i Kajtka, którzy byli najbardziej ciekawskimi dzieciakami, jakie kiedykolwiek spotkała Agnieszka.

Siedziała, śmiała się i nawet odważyła powiedzieć dwa słowa o tym, jak zaraz po skończeniu osiemnastu lat uciekła z domu, nie mogąc znieść patologicznych rodziców. Nie dodała wiele więcej, ale każdy domyślał się, jak smutna historia musiała za tym stać. Nie był to jednak wieczór, kiedy chcieli rozmawiać o przykrych sprawach.

Ten wieczór był magiczny, a jego magia zaczęła się od jednej, małej Gwiazdki...

Pierwszy raz w życiu Agnieszki ten wieczór nie niósł ze sobą krzyku ani ciszy, tylko słowa wspólnie śpiewanej kolędy.

 

pertutti bhelios bmediatory brzeszow stolica bspotkania z podrozami brzeszow b