logo wsiiz main

POLECAMY

Artykuły
Typografia
  • Smaller Small Medium Big Bigger
  • Default Helvetica Segoe Georgia Times

Koronawirus – gdzie w social mediach nie spojrzę, on już tam jest. Mam wrażenie, że Internet roznosi go szybciej, niż on sam przechodzi z człowieka na człowieka.

Z jednej strony to dobrze, że tak się dzieje – jesteśmy na bieżąco z najważniejszymi informacjami, wiemy, których miejsc unikać jako destynacji naszych podróży, by uchronić swe zdrowie, a przede wszystkim życie. Ale czy aby na pewno ten sposób wykorzystania Internetu dominuje wśród jego użytkowników, kiedy na horyzoncie pojawia się wizja śmiertelnej epidemii, która ma uśmiercić miliony ludzi? Czy aby na pewno zdrowy rozsądek i trzeźwy osąd sytuacji zostają na swoim miejscu, czy znikają w otchłani wszechogarniającego szaleństwa? I czy tak właściwie to źródło dystrybucji i wymiany informacji powinno być głównym, skąd czerpiemy naszą wiedzę, oczekując, że będzie ona rzetelna i jednocześnie twierdząc, że dominujący w nim udział treści z pierwszej ręki od zwykłych ludzi, którzy biorą bezpośredni udział w danych wydarzeniach  podnosi jakość przekazu?

Absolutnie nie.

Lubię przebywać w mediach społecznościowych. Uważam wręcz, że jestem od nich uzależniona – każdy dzień zaczynam i kończę od sprawdzenia informacji z całego wachlarzu kategorii: od bieżących wydarzeń w kraju, przez aktualności ze świata, poszukując ich na kanałach społecznościowych informacyjnych gigantów,  kończąc na scrollowaniu Instagrama, by nieco odmóżdżyć się po przeczytaniu masy artykułów opowiadających o nadchodzącej wojnie, kryzysach i tragediach. Pewnego wieczoru, moją instagramową sielankę, w którą wprawiły mnie zdjęcia perfekcyjnych makijaży, szczęśliwych związków i słodkich szczeniaków przerywa post opublikowany przez profil jednej z organiacji pozarządowych. Jest to wideo – wprawdzie bardzo krótkie, bo zaledwie parosekundowe, ale wywołane przez nie emocje są nie do opisania. Filmik wywołuje we mnie ogromne poczucie niepokoju, ale pomimo tego oglądam go jeszcze raz, i jeszcze raz i kolejny. Dopiero po chwili dostrzegam, że mogę przewinąć w prawo po więcej zdjęć lub filmików, które są dostępne w ramach tego postu. Co było w owym wideo? Widzimy na nim mężczyznę – to ochroniarz lub strażnik pilnujący budynku w Wuhan – miejscowości ogromnie teraz popularnej, ale popularność ta jest, delikatnie mówiąc, dość niechlubna. Wuhan stało się obiektem dyskusji na całym świecie ze względu na to, że jest miejscem, w którym swój początek miała szerząca się na ogromną skalę epidemia koronawirusa. Został on nawet mianowany koronawirusem z Wuhan. Mężczyzna stoi jak potężny słup soli, kiedy nagle bezwładnie upada na ziemię. W trakcie upadku nawet nie próbuje się podpierać rękami – pada jak długi, uderzając głową o chodnik, który nagle barwi brunatna plama krwi. Stojący obok niego współpracownicy ani drgną – wiedzą, że pomoc konającemu koledze może im śmiertelnie zaszkodzić. Przewijam zdjęcia i dalej jest tylko gorzej – nieocenzurowane zdjęcia zwłok leżących na chodnikach, ciała w foliowych workach na szpitalnych korytarzach obok których na łóżkach leżą chorzy walczący o życie. Po kilkukrotnym przeglądnięciu zdjęć zamierzam przeczytać jeszcze długi opis znajdujący się poniżej, ale jestem na tyle przerażona i zamroczona wizją nadchodzącej apokalipsy, że czym prędzej odkładam telefon żałując, że poraz kolejny zabłądziłam w Internecie. Próbuję zasnąć, ale nie mogę, bo przed oczami mam już widmo śmierci, a na karku, choć szczelnie otuliłam się kołdrą, czuję jej lodowaty oddech. Po nocy pełnej koszmarów budzę się sporo przed budzikiem – mogę więc kontynuować przed pracą moją podróż po ciemnych zakątkach Internetu w poszukiwaniu informacji, które jeszcze bardziej mnie przytłoczą i przybiją. Im dłużej jednak szperam, tym trafiam na więcej dobrych wieści. Wpisy traktują już przede wszystkim o sztucznie rozdmuchiwanej sensacji, niepotwierdzonych informacjach i zdjęciach zupełnie niezwiązanych z bieżącą sprawą, a zrobionych przy okazji innych tragedii. Najpierw oddycham z ulgą, ale szybko pojawia się dezorientacja – kto mówi prawdę, a kto kłamie? I kto ma w tym wszystkim interes? Zdjęcia i filmiki wyglądają bardzo realistycznie i zgadzają się z opisami podawanymi przez media. Ponadto, większość z nich nie jest autorstwa profesjonalistów, a wykonana niechlujnie, na szybko, telefonami komórkowymi. Dlaczego zwykli obywatele, ludzie tacy jak my chcieliby nas oszukiwać? A może to celowy zabieg profesjonalistów, specjalnie pozorowany, by wpędzić nas w manię…? Tym oto sposobem, po spędzeniu w sieci kilku godzin, na temat śmiercionośnego wirusa wiem mniej niż na początku. Albo inaczej – napotkałam tyle sprzecznych ze sobą informacji, że nie wiem w które wierzyć, a które są jedynie próbą wywołania sensacji i zrobienia problemu z niczego. Ktoś powie – i to właśnie w Internecie, a szczególnie w mediach społecznościowych jest najgorsze. To przyprawiające o ból i zawroty głowy bogactwo i różnorodność informacji, które wprowadzają nas w stan chaosu i przesycenia. Drugi zaraz jednak powie, że na tym właśnie polega piękno Internetu – każdy może mówić co chce, o czym chce i ile chce. Nie bez powodu zostaliśmy obdarzeni organem jakim jest mózg i w tym miejscu, tj. wkraczając w progi Internetu, powinniśmy go używać szczególnie intensywnie. Ale czy to możliwe, kiedy na horyzoncie jest śmiertelna zaraza? Jak tu zdroworozsądkowo selekcjonować i filtrować poszczególne informacje, kiedy moją tablicę na Instagramie zalały infografiki z mrożącymi krew w żyłach danymi i zdjęcia zmarłych nagle osób?

Przeczytaj także: Ryby w sieci, wędki i nierówności społeczne

Przyznajmy to głośno i otwarcie – kochamy sensacje. Tragedie, dramaty, sensacje z ostatniej chwili. Oczywiście im dalej się od nas dzieją, tym lepiej. Nic się nie roznosi tak szybko, a  środowisko mediów społecznościowych sprzyja temu szczególnie. Z niepokojem zauważam coraz większy i bardzo aktywny udział w social mediach osób, które nie do końca znają ich zasady i realia panujące w Internecie – bo przyjmijmy, takowe przecież istnieją.

Wchodzę, by zaraz szybko tego pożałować, w sekcję komentarzy pod facebookowym postem jednego z większych portali informacyjnych w Polsce dotyczącym wirusa z Wuhan. Bodajże jest to aktualizacja o przybyłej liczbie zarażonych i zmarłych. Artykuł stricte informacyjny, za to w komentarzach – hulaj dusza, piekła nie ma. Wśród komentujących dominują osoby w wieku 50+. Ochoczo dzielą się swoimi przemyśleniami, jakoby wirus to kara boska, w sumie to taka epidemia się przyda, bo oczyści świat, oni pomagać Chinom nie będą, bo przecież żółtki nie zrobiłyby tego samego dla nas, itp., itd…Co gorsza, biorący udział w tej gorącej dyskusji wrzucają linki do artykułów ze stron o przeznaczeniu czysto clickbaitowym, upierając się, że znajduje się w nich sama prawda oraz udostępniają posty z podejrzanych profili. Ta dyskusja to najgorszy obraz braku empatii i zdrowego rozsądku, jaki ostatnio widziałam.  Po trzeźwym osądzaniu informacji ani śladu. Strumieniami leje się za to jad, a kula śnieżna fake newsów powiększa się w tempie nie do opanowania. Staram się zrozumieć, dlaczego tak się dzieje – dlaczego użytkownicy Internetu czują się w nim aż tak swobodnie i bezkarnie? Przecież ekran smartfona czy laptopa za którymi wygodnie siedzą w domu można stłuc bardzo łatwo, a współczesna mobilność sprzyja roznoszeniu się rozmaitych chorób. Czy zachowywaliby się tak samo, gdyby koronawirus był bliżej? Czy nadal na wszystko mieliby odpowiedź i nie potrafili ugryźć się w język?

Z racji tego, że w Polsce nie stwierdzono jeszcze obecności wirusa, temat wprawdzie wydaje się być gorący, ale w porównaniu z innymi krajami opisałabym go jako letni. To na zagraczninych profilach dzieje się istna apokalipsa. Komentujący posty na jednym z profili na  Instagramie twierdzą, że przewidywali tę tragedię już bardzo dawno, że to celowa akcja mająca uchronić ziemię przed przeludnieniem,  że Chiny kłamią i sytuacja jest o wiele bardziej poważna, niż informują o tym media. To całe zamieszanie i wzajemnie przekrzykiwanie się sprawia, że mam dość. Dość czytania o tym, dość chęci bycia na bieżąco. Poddaję się w dość dobrym momencie, bo mój zdrowy rozsądek zaczął już schodzić na drugoplanową rolę. Zaczęłam już sobie wyobrażać najmroczniejsze scenariusze i poddawać się obsesji – do tego stopnia, że gdy ktoś w pobliżu mnie kichnął lub zakaszlał, od razu odskakiwałam na bok. Brzmi to przekomicznie, bo przecież w Polsce nie został potwierdzony żaden przypadek chorego, to gdzieś tam w głowie świta mi, a co, jeśli ktoś został sprowadzony do Polski celowo, by zarażać? A może te amatorskie zdjęcia wcale nie są taki amatorskie? Może media podają fałszywe dane chcąc nas uspokoić, a w rzeczywistości śmiertene żniwo jakie zbiera wirus z Wuhan jest stukrotnie większe? Choć wydawało mi się, jak zdroworozsądkowe i zdystansowane jest moje podejście do tego tematu, teorie spiskowe komentujących okazały się oddziaływać na mnie mocniej niż się tego spodziewałam. Może rzeczywiście prawdą jest, że im bardziej przesadnie oceniamy wpływ mediów na innych, twierdząc jednocześnie, że my jesteśmy na nie odporni, to, o ironio, ulegamy im jeszcze mocniej? Śmiejąc się w duchu z komentujących, sama zaczęłam tworzyć w swojej głowie teorie spiskowe teorii spiskowych.

Przeczytaj także: Jak zmienia się Internet?

Bijąc się w pierś, szczerze przyznaję, że zostałam zarażona wirusem z Wuhan – w jego internetowej odsłonie. Od nieświadomości na temat skali problemu, przeszłam w stan zaciekawienia, by potem kolejno doświadczać apokaliptycznych wizji i zgłębiać teorie spiskowe. Na początkowym etapie edukowania się w tym temacie, social media oddziaływały na mnie poprawnie, przynosiły mi wiele dobrego. Im więcej czasu w nich spędzałam, tym bardziej zapędzałam móje myśli w kozi róg. Zdominowałam je chaosem informacyjnym, którego nie umiałam właściwie przefiltrować, bo posty w mediach społecznościowych, szczególnie te z pierwszej ręki wywoływały tak silne doznania emocjonalne, że poczułam się, jakbym była w Wuhan i się temu wszystkiemu przyglądała albo gorzej – jakbym sama była już zarażona.  Żałuję, że tak późno dotarłam do informacji odnośnie tego, że owszem, wirus jest śmiertelny dla osób o niskiej odporności, które przebyły lub są w trakcie walki z poważnymi schorzeniami. Zdjęcia i wideo opatrzone rozpaczliwymi apelami przytłumiły mnie na tyle, że nie zwracałam uwagi na inne informacje – stałam się ja, a właściwie moje myślenie, bardzo ograniczona. Cały ten chaos informacyjny doprowadził mnie do czegoś w rodzaju narkotykowej ekstazy – euforia rosła i rosła, aż nagle drastycznie spadła, a to co poczułam można porównać do tego, co dzieje się z balonem, gdy przebijamy go igłą. Dałam sobie wreszcie spokój ze śledzeniem tematu – zobojętniałam. Stwierdziłam, że nie mam wpływu na jego dalsze rozprzestrzenianie się i mutacje, a tylko zatruwam się niezdrowymi myślami. Nie obwiniam za to autorów postów, które je u mnie wywołały – jest to wyłącznie wina moja, mojej przesadnej wrażliwości i empatii. Odobserwowałam profile w mediach społecznościowych powstałe w celu publikowania na temat wirusa z Wuhan. O dziwo, odcięcie się przyszło mi dość łatwo, czego się nie spodziewałam, biorąc pod uwagę, jak bardzo wirus z Wuhan zainfekował i zdominował moje myśli. Najwidoczniej nie dojrzałam jeszcze do korzystania z mediów społecznościowych w beznamiętny sposób. Nadal nie umiem odróżnić fikcji od prawdy, choć mam wrażenie, że granica pomiędzy nimi jest bardzo cienka. Nadal nie umiem właściwie selekcjonować informacji – najwidoczniej ktoś powinien to robić dla mnie i za mnie. Ale skąd mogę mieć pewność, że ktoś, kto to robi, nie ma w tym jakiegoś interesu…?

PerTutti - Logo
Helios - Logo
Mediatory - Logo
Miasto Rzeszów - Logo
Spotkania z podróżami - Logo
Rzeszów - Herb

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.