Wywiady
Typografia
  • Smaller Small Medium Big Bigger
  • Default Helvetica Segoe Georgia Times

26 kwietnia na całym świecie przypominana jest największa katastrofa w historii energetyki jądrowej według liczby zaginionych oraz strat ekonomicznych. Chodzi o wybuch elektrowni w Czarnobylu, który miał miejsce w 1986 roku. Po 32 lata trudno przypomnieć sobie szczegóły tego wydarzenia, zwłaszcza jeżeli ludzie, którzy spotkali się z nią bardzo blisko, opowiadają o tym z wielką trudnością.

W mojej rodzinie o katastrofie w Czarnobylu zawsze było dużo rozmów. Nie były to jakieś szczegóły, czy omawianie konkretnych momentów. Coś bardzo ogólnego. Jednak dobrze pamiętam “tajemnicę” związaną z tym tematem, dlatego zawsze wiedziałam - jest to coś poważnego. Kiedy poszłam do szkoły, co roku były prowadzone zajęcia poświęcone temu wydarzeniu, a kiedy dostęp do internetu stał się powszechny, Czarnobyl został kolejnym wydarzeniem z wielu i przestał mieć dla mnie wielkie znaczenie. Nie trwało to jednak długo.

Likwidator katastrofy... Dla kogoś jest to coś bardzo abstrakcyjnego, a dla mnie jest to mój dziadek. Mykoła Jerik, jak później się okazało, był w Czarnobylu prawie od samego początku, pomagał w likwidacji szkód i podczas przewozu ludzi z otaczających elektrownię terenów. Dla mnie jest bohaterem, tylko nigdy nie rozumiałam, czemu o tym nigdy nie mówiono w mojej rodzinie. Dopiero po 2-godzinnej rozmowie z moim dziadkiem zrozumiałam - teraz dla świata Czarnobyl jest tematem mało znaczącym, jednak bardzo głośnym w pamięci jego świadków.

Opowieść mojego dziadka

- Było to 28 maja. Pamiętam, naprawiałem stodołę, a tu przychodzi sąsiadka i mówi - teraz przyniosą Ci wezwanie do wojska - tak zaczęła się wspólna historia z elektrownią w Czarnobylu jednego z jej likwidatorów, Mykoły Jerika. Jedna z 600 000 historii wszystkich likwidatorów. - Przywieziono nas do Lubny (obwód połtawski) na wojskowy poligon, a już 1 czerwca, prawie miesiąc później, zostaliśmy wysłani do Prypeci. 5 samochodów i 5 autobusów. 150 osób. 2 czerwca o 3 nad ranem przeprawili nas przez Dniepr. Naszym głównym zadaniem było ustawienie namiotów dla dywizji, która przyjechała 8 czerwca.

- Osiedlili nas w nowo wybudowanym budynku - opowiada - więc spędziliśmy noc na płytkach. Nad ranem przyleciał helikopter z informacją - “kto Was tu przysłał, to jest "czerwona strefa", jedźcie stąd." Wysłali nas 6 km dalej. A tam Kamazy (samochód wojskowy) z Kijowa i Żytomierza. Helikopter przyleciał ponownie - "idźcie jeszcze dalej". Tak więc, aż do 8 czerwca, przenieśliśmy się 10 razy, nie mniej.

Pojawił się jeszcze jeden problem - odżywianie. "Suche prowianty dali nam jeszcze 2 czerwca. W wiosce prawie nie było ludzi, może parę osób zostało. Wszyscy zostali zabrani, żadnej żywności. Raz w tygodniu samochód przyjeżdżał, przywoził jedzenie dla miejscowych, bo to, co pozostało w piwnicach, było zakazane do używania. Poszliśmy do tych, którzy pozostali - dali nam jaja, ziemniaki. I tak nie planowali tego jeść. Mieliśmy pieniądze. Jedna babcia dała mi słoninę. Chciałem za to zapłacić, ale odpowiedziała, że ​​nie weźmie pieniędzy od żołnierza. Otwieram gazetę ze słoniną, a tam jakieś jakieś robaki. Podziękowałem, a w lesie powycinałem wszystko, aby moi koledzy nie zauważyli. Usmażyłem i mieliśmy do ziemniaków.

Później przyjechał jeden major z Doniecka czy z Dniepropetrowska, już nie pamiętam. Zapytał, jak nas karmią. Powiedzieliśmy, że źle. Przysłał oficera, on dał nam trochę jedzenia, zostawił benzyny, a potem zaprosił do siebie. Nasi chłopcy jak rzucili się na te jedzenie! Byli głodni. Potem było już rozporządzenie, aby jedzenie przywozili chociażby co jeden dzień. Nie można było inaczej - na przykład, jeżeli makaron poleży 2-3 dni, już nie można było go używać. Miał promieniowanie powyżej normy. Chociaż zdarzało się, że takie też jedliśmy.

Czasami stawialiśmy ogrodzenia, czasami budowaliśmy wieże lub wycinaliśmy las. Często się zdarzało, że trzeba było przeprawiać się przez Prypeć. Wtedy przyjeżdżał BTR pływający (transporter opancerzony) - w środku samochód, 30 osób i przez rzekę. Jednego razu taki BTR utonął i nie mógł wyjechać. Trzeba było wyciągać. Niektórzy musieli nurkować, aby przyczepić linę i wydostać pojazd. Woda była jak olej. Dziwne odczucie.

Odgradzaliśmy teren: rozstawialiśmy znaki, rozciągaliśmy drut, czasami ważył po 80 kg, kopaliśmy doły. Jednego razu robiliśmy to blisko reaktora (300 m). Wszyscy tam wykonywały jakieś polecenia. Przy samym reaktorze nigdy nie byłem. Żołnierze mogli przebywać w tym miejscu jedynie 2 minuty. Zawsze przed pracą wydawali nam respiratory, maski gazowe i rękawice. Jedyna możliwość ich zmiany - z sąsiadem obok, a potem z powrotem. Nikt nie wiedział, czy są one już skażone, była to pewnego rodzaju forma zabezpieczenia.

Były wioski, w których w ogóle nie było ludzi. Tam naszym głównym zadaniem było usuwanie górnej warstwy gleby na podwórkach. Przyjeżdżały buldożery, ładowaliśmy tę ziemię i wywoziliśmy za wioskę. Wtedy helikopter podlewał to wszystko wodą. Po deszczu wskaźniki radiacji zawsze były w granicach normy. Wszyscy rozumieli jak to się mierzyło.

Ogólnie, radiacja jest rzeczą trudną do zauważenia. Jedyne co odczuwaliśmy to ból głowy i gorycz na ustach. Chociaż, na przykład, u znajomego zniknęły wypryski na twarzy. Jeżeli była by mniejsza dawka... (umarł na raka gardła). Nikt nie rozumiał wpływu radiacji, czasami z tego się śmiali. Jeden znajomy pisał do żony listy, opisując jak tutaj zwierzęta umierają, a sam jest całkiem siwy. Bywało, że chłopaki mdleli, ale być może, był to tylko przypadek. Jeszcze blisko reaktora było dużo dziwnych kotów. Chodziły jak pijane.

Obok 4. reaktora - drzewa rosną, pięknie tam było. Obok 1. - wszystko wysychało. Myślę, że tam chmura i wpadła. Dalej - rudy las, który piłowałyśmy. Ludzie byli dziwni - wywozili z niego drewno na Białoruś, Homel i nawet do naszych Luben. Ładowali samochody, a potem pojawiały się domki przy częściach wojskowych.

Czarnobyl

Medal za "wyczyn obywatelski" od Ogólnokrajowego Stowarzyszenia "Kraina"

Wszystko było polewane. I drogi, i samochody. Były nawet znaki drogowe - prędkość nie mniej niż 80 km. Trzeba było bardzo szybko wyjeżdżać z terenu. Podczas tej drogi było 6 myjni samochodu: 3 przed i 3 po punkcie przejściowym. Po myciu sprawdzali poziom promieniowania. Zawsze powtarzano, że jest według normy. Jednak za każdym razem po tych wymiarach przyjeżdżaliśmy, myliśmy się sami i sprawdzaliśmy poziom. U nas był za wysoki.

W strefie wykluczenia pozostało dużo korzystnych rzeczy: samochody, silniki, koła, nawet całe ciągniki. Magazyny były zostawione otwarte. Jednak jak wracaliśmy do domu - już nie było tych kół, silników i nawet przednich szyb. Po prostu niektórzy potem wracali “nowymi” samochodami. Chociaż nie rozumiałem, czy oni naprawdę wierzyli, że 12 warstw farby pomogą zmniejszyć promieniowanie.

Głównym sposobem na sprawdzenie zarażenia było badanie krwi. Przeprowadzano je bezpośrednio, codziennie na miejscu pracy. Wszystkie dane były zapisywane w kalendarzu. Jeździły tam także 2 japońskie samochody. Jednak jak pytaliśmy o ich wyniki, mówili żeby sprawdzać swoje dane, którym my oczywiście nie wierzyliśmy. Jako potwierdzenie tego - w dokumentach nigdy nie było wpisywane więcej niż 25 rentgen. Zawsze wynik był w granicach normy. Po Czarnobylu obchodziliśmy jeszcze jedno badanie, już w Połtawie. Przy mnie pielęgniarka miała jedne dane, a wpisywała normę.

Mój znajomy w tym momencie pracował w Libii. O 2 nocy eksplodowała elektrownia, a godzinę później u nich już o tym mówili na radio. U nas nawet 1 maja, podczas parady, jeszcze nie było oficjalnego oświadczenia. 4 września wróciłem do domu. Przed wyjazdem mówiono nam, że jedziemy na 25 dni dla ogrodzenia 30 km terenu. Okazało się jednak, że przebywaliśmy tam 98 dni, a nasze zadanie było trochę inne.

* * *

200 000 ewakuowanych z terenu wykluczenia, 130 000 z okolicy, 50 000 - 100 000 zaginionych od promieniowania i 246 000 chorych chronicznie - dane, które tylko się pojawiają w różnorodnych raportach i badaniach. Skutki wybuchu musiało “sprzątać” ok. 600 000 likwidatorów - zwykli ludzie, którzy czasami nawet nie rozumieli powagi sytuacji. Czytając oficjalne raporty, niestety nikt nie znajdzie podobnych historii, jak ta Mykoły Jerika. Polityka Związku Radzieckiego nie miała na celu obiektywnego ukazywania tych wydarzeń, a za jakiś czas już nie będzie z kim o tym porozmawiać...

pertutti bhelios bmediatory brzeszow stolica bspotkania z podrozami brzeszow b