Ból istnienia, melancholia oraz żal — tak można podsumować debiutancki album zespołu HOKKA. Jeśli potrzebujesz teleportu do cięższych brzmień lat dwutysięcznych, ten album jest dla ciebie.
24 kwietnia światło dzienne ujrzał pierwszy album zespołu HOKKA. Via miseria zabiera w podróż po meandrach melancholijnych odczuć. Dzieło zostało stworzone przez byłego wokalistę Blind Channel Joela Hokkę, byłego gitarzystę zespołu The Rasmus Pauliego Rantasalmiego oraz utalentowanego perkusistę Jimego Aslaka.
Legenda założycieli
Autorzy nie kryją się z przekazem. Główną postacią, o której jest ta opowieść to poturbowana przez życie sierota, czyli Joel Hokka. Jego mistrzem zarówno w legendzie, jak i w prawdziwym życiu jest Pauli Rantasalmi. Joel w wywiadach opowiadał, że to między innymi dzięki Pauliemu poradził sobie z opuszczeniem poprzedniego zespołu i wspólnie zaczęli tworzyć ten album.
Via Miseria to droga Joela przez najciemniejsze zakamarki jego duszy. Myślą przewodnią jest linijka z utworu “Heart said no” - “I found the beauty in the pain”. Jednak czy jest czego szukać?
Brzmienia albumu
Klimat muzyczny zespołu oscyluje wokół inspiracji fińskim rockiem lat dwutysięcznych, co podkreśla wokalista. Melancholię czuć w samej muzyce, znajduje się też dużo odniesień do muzyki gotyckiej.
Pierwsza połowa albumu w większości pozostawia wiele do życzenia. Niektóre fragmenty np. refren “Blackbird” są ciekawie skomponowane, prowadząc słuchacza po bezdrożach muzyki. Niemniej wersy z refrenem są nielogicznie połączone, dając wrażenie sklejki kartonu przy pomocy taśmy klejącej. Druga część albumu skrywa o lepiej zgrane utwory- zarówno wewnątrz pojedynczej melodii, jak i względem pozostałych kawałków. Niemniej nie czuć tutaj takiego powiewu oryginalności jak w pierwszej połowie.
Absolutnym faworytem z albumu jest dla mnie “Serpent's Song”. Zawiera wszystko to czego “Blackbird” brakuje - wyważone wprowadzenie do piosenki, gradualne połączenie poszczególnych wersów z refrenami i mostem. Piosenka jest też dłuższa o około minutę, co zwiększa pole manewru. Moim zdaniem wiele z piosenek z tego albumu zyskałoby, gdyby były chociaż o 30s dłuższe.
Teksty piosenek
Warstwa liryczna utworów przypomina poezję. Zdania nie łączą się w dłuższą wypowiedź, są raczej oderwanymi od siebie fragmentami o tym samym temacie przewodnim. Zabieg ciekawy, niemniej preferuję dzieła, które opowiadają historię, aniżeli rzucają losowymi zdaniami o danej historii.
Oprawa graficzna
Piosenki, które dostały swoje teledyski podzieliłabym na dwie kategorie: te, które mają słaby teledysk i słabą historię oraz te, które mają słaby teledysk i nie mają historii. “Death by cupid's arrow” całkiem dobrze odwzorowuje klimat piosenek z tego gatunku lat dwutysięcznych i właśnie w tym leży problem. Dwadzieścia lat później dostępne są o wiele lepsze metody na manipulację obrazem. Opowieść kryjąca się za tym teledyskiem jest… nudna, brakuje w niej głębi. I tak wypada lepiej niż “Heart said no”, gdzie opowieści przekazanej w sposób wizualny ciężko się doszukać. Dla mnie wyjątkiem jest “In the darkness”, które pomimo niezbyt wygórowanej scenerii, buduje ciekawą narrację i nie serwuje kiczu.
Album składa się zarówno z piosenek wybitnie dobrych, jak i tych, w których jest wybitnie dużo do poprawy. Nie można członkom zespołu HOKKA zarzucić braku własnego stylu. W inspiracji fińskim rockiem lat 2000 znaleźli swoją nutę i czuć to w ich pierwszym albumie.
Gdyby ktoś potrzebował szybkiego teleportu do ery The Rasmus, HIM czy Evanescence to HOKKA jest dla was.










