logo wsiiz main

POLECAMY

Anastasiia Buha

Artykuły
Typografia
  • Smaller Small Medium Big Bigger
  • Default Helvetica Segoe Georgia Times

Zrzut ekranu 2021 02 07 183559

Lądowanie w Normandii było momentem przełomowym dla II wojny światowej. W tych dniach ważyły się dalsze losy ludzkości. Utworzenie nowego frontu zachodniego miało dać aliantom przewagę. W ten sposób Niemcy musiałyby odpierać atak z dwóch stron. Jednak stworzenie tego frontu okupione było wielkimi stratami. Ludzie Ci trafiali w sam środek zażartych walk, w których walczyli z wszystkich sił o przetrwanie. Każda ze stron posiada swoich świadków. Wśród nich pojawiają się opowieści szeregowego z amerykańskiego 505. PIR (Parachute Infantry Regiment, w tł. Pułku Spadochroniarzy) oraz człowieka, którego żołnierze nie przypadkiem nazwali „Bestią z plaży Omaha”.

 

Operację tę opieczętowano kryptonimem „Neptun” i był to fragment większej operacji „Overlord”. Całość została zaplanowana przez Dwighta Eisenhowera, ps. „Ike”, utalentowanego dowódcę amerykańskiego, a późniejszego prezydenta USA. W pierwszej kolejności rozpoczęto masową dezinformację. W tym celu upozorowano kilka fałszywych akcji militarnych i dyplomatycznych. Puszczano również sygnały radiowe z fałszywymi informacjami, które przechwytywali Niemcy. Z tego powodu wywiad niemiecki nie posiadał prawdziwego i pełnego obrazu operacji „Overlord”. Samo lądowanie w Normandii wyglądało dla nich jak pomniejsza niegroźna dywersja, a z informacji wynikało, że siły alianckie miały skupić swoją uwagę na miasteczku Calais (z dala od punktu docelowego).

Wszystko szło po myśli aliantów do momentu, w którym miał rozpocząć się owy desant w Normandii. Już na wstępie część planów pokrzyżowała pogoda, gdyż lądowanie miało się rozpocząć 5 czerwca. Niestety tego dnia warunki atmosferyczne nie sprzyjały desantowi, więc przełożono operację o 24h. W nocy z 5 na 6 czerwca rozpoczęto zrzut jednostek spadochronowych, które miały poprzedzić całą operację i zająć istotne punkty oporu wroga. Do akcji zwerbowano przeszło 24 tys. spadochroniarzy i żołnierzy piechoty szybowcowej.

Zostali oni wysłani w sam środek piekła.

„On walczył samotnie i jak wielu innych tej nocy, poległ samotnie…”

Szeregowy John Fitzgerald był jednym z członków 505. PIR. Wczesnym rankiem 6 czerwca miał on wkroczyć wraz ze swoją dywizją do Sainte-Mère-Église, francuskiego miasteczka. Tam przywitał ich pejzaż z ciał ich towarzyszy boju…

„Wyglądali jak jakieś szmaciane lalki pełne dziur… Pod nimi było widać krew wsiąkającą w ziemię, którą przyszli wyzwolić…”

Wielu spadochroniarzy z nocnego zrzutu w ogóle nie wylądowało. Część z nich zwisała z gałęzi już obojętnie i wyzionęła ducha. Być może to i lepiej. Nie musieli jak Ikar rozpaczać – odeszli zanim zaznali upadku.

„Natrafiłem na miejsce śmierci spadochroniarza z 82. Dywizji…”

Tuż za tym obrazem rozegrała się kolejna scena. W okopie leżał Amerykański żołnierz. Wokoło ciała poległych Niemców. Było ich 9, może więcej. Jeden z nich trzymał w ręku granat, chyba był bardzo zdesperowany skoro tak chciał potraktować człowieka. Tajemniczy Amerykanin nie leżał tam jednak sam. Towarzyszyło mu kilka pustych magazynków, które najwyraźniej godnie spełniły swoją rolę. Obok znajdował się karabin. Kolba była połamana. Najwyraźniej chciał wypełnić ostatnią przysługę dla żołnierza. Fitzgerald sprawdził nieśmiertelniki tego wojownika.

„Nazywał się Martin V. Hersch. Zapisałem sobie jego nazwisko w moim podręcznym notatniku, z nadzieją, że kiedyś spotkam kogoś, kto go znał…”

Szeregowy odszedł, dokonując odpowiednich honorów na poległych towarzyszach. W tym czasie na plaży w Normandii rozgrywały się kolejne walki.

Wczesnym rankiem 6 czerwca dokonano desantu jednostek lądowych. Zostało to poprzedzone bombardowaniami Wału Atlantyckiego przez jednostki RAF-u (Royal Air Force) i USAAF (United States Army Air Force). Aż 133 tys. żołnierzy piechoty i sił specjalnych wylądowało u wybrzeży Normandii. Plaża w większości została zajęta bez większego oporu, chociaż na odcinku plaży „Omaha” wydarzyła się prawdziwa tragedia.

„Nie chciałem tej wojny, nie chciałem być we Francji, nie chciałem strzelać do moich rówieśników…”

Tutaj pałeczkę przejmuje niemiecki celowniczy karabinu maszynowego – Heinrich Severloh. Zanim trafił do Normandii walczył na froncie wschodnim z Rosją. Miała to być dla niego lekcja prostująca poglądy. Powątpiewał on bowiem w sens prowadzenia wojen, jak i nie podzielał w pełni poglądów partii przewodniej III Rzeszy. Jednak wojna w zimowych klimatach nie sprzyjała Severlohowi. Mocno podupadł na zdrowiu, przez co dowództwo musiało go wycofać z frontu wschodniego. Wiosną 1944 r. przydzielono go na powrót do służby wojskowej. Tym razem wylądował w niemieckiej 352. Dywizji Piechoty, która miała bronić Wału Atlantyckiego. Przydzielono go jako celowniczego karabinu maszynowego.

„Pamiętam pierwszego, który zginął. Wyszedł na skraj plaży, szukał schronienia…”

Severhol był pierwszym, który zaczął strzelać. I to od razu, kiedy Amerykanie z 1. Dywizji Piechoty, z 29. Dywizji oraz z 8. Kompanii Rangerów zaczęli wchodzić na brzeg.

„…Trafiłem go w głowę. Jego hełm spadł do wody. On upadł…”

Trawa wokół była wypalona. Jego stanowisko KM-u „Widerstandsnest 62” strzelało bez ustanku przez 9 godzin. Strzelało i grało. Grało marsz żałobny dla tych, których sięgnęły jego kule.

„Na początku zabici byli 500 metrów od nas, potem 400 a potem 150… Pełno krwi, wszędzie jęki, zabici i umierający…”

Miał 12 tysięcy sztuk amunicji. Musiał je tylko wszystkie wystrzelać.

„Nie czuło się paniki, nienawiści. Robiło się to, co było konieczne i na pewno ci z plaży zrobiliby to samo ze mną, gdyby mieli sposobność…”

Uczucia nie wydawały tutaj rozkazów. Wydawali je dowódcy. Każda ze stron miała swoje zadanie. Alianci mieli odbić plażę. Niemcy mieli ją bronić. Dwa przeciwne sobie cele. Ktoś musiał dać za wygraną, choć żadna ze stron tego nie chciała. Każdy musiał dać z siebie wszystko. Ocean spływał krwią. Piasek mieszał się z ciałami poległych. Ten kaem, który ciągle huczał dobrze wypełniał swoje zadanie.

„Było nas trzydziestu. Każdy z nas myślał tylko o jednym: czy wyjdziemy z tego żywi?”

Po dziewięciu godzinach należało w końcu ustąpić. Na plażę wyjeżdżały już czołgi. Jego 32-letni dowódca, porucznik Ferking, wydał rozkaz odwrotu. Pierwszy odskoczył Heinrich Severloh. Został zupełnie sam. Jego dowódca zginął.

„Żyję, bo miałem szczęście. Nie sądzę, że przeżyłbym, gdybym został ujęty na moim stanowisku…”

Amerykanie złapali swojego oprawcę – nieświadomie – w nocy z 6 na 7 czerwca. Zabrali go do obozu jenieckiego koło Bostonu w Stanach Zjednoczonych. W grudniu 1946 r. wysłano go do Wielkiej Brytanii w celu odbudowy zniszczonej w trakcie wojny infrastruktury. Pracował tam, próbując odkupić choć część swoich win. Próbując zmyć z siebie krew tych, którym musiał odebrać życie wtedy na plaży Omaha. Z pokuty tej zwolnił go jego ojciec. Był on już stary i schorowany, a potrzebował pomocy na gospodarstwie.

Lata mijały. Zdecydowano się w końcu zaprosić kombatantów niemieckich na oficjalne obchody wydarzeń w Normandii. Severloh nie pojechał. Nie potrafiłby spojrzeć na tych wszystkich ludzi, którzy musieli chronić się przed jego kulami. Jednak odwiedzał on Plażę Omaha bardzo często. Spotykał tam kombatantów z tamtych dni. Spotkał między innymi Davida Silva.

„Mówiłem Davidowi, że mam często nocne koszmary. Śnią mi się twarze pierwszego Amerykanina, którego zastrzeliłem i porucznika Ferkinga. Budziłem się i płakałem…”

Silva został postrzelony przez Severloha. Panowie jednak nie spojrzeli na siebie, jak na wrogów – tylko jak na przyjaciół. Razem wspierali się w swoich powojennych traumach. Każdego z nich nękały inne demony przeszłości. Co więcej – Heinrich Severloh, dowiedział się, że Amerykanie nazywali go „Bestią z plaży Omaha”. W końcu tego dnia każdy wykonywał rozkazy. Tamtego pamiętnego dnia na plaży, nie było zwycięzców…

„…tylko morze krwi i krzyki zabijanych młodych ludzi.”

Po zakończonym desancie w Normandii, alianci przystąpili do ofensywy w głąb okupowanej przez Niemców Francji. Wielu żołnierzy po raz pierwszy poczuło na karku ogień wojny. Inni, już zahartowani, walczyli dalej. Jednak każdy z nich realizował kolejne rozkazy, przepychając linię frontu coraz bardziej w głąb, brnąc w stronę serca III Rzeszy – Berlina. Zanim jednak się zbliżyli, to czekały ich zacięte batalie. Oprócz tego toczono inne, równie zacięte walki w innych rejonach świata. O dalszej sytuacji na frontach tej wielkiej wojny przeczytamy już w kolejnych artykułach z cyklu: „W pogoni za historią – II wojna światowa”. Do zobaczenia w przeszłości!

 

* W artykule wykorzystano fragmenty wypowiedzi świadków, którzy wzięli udział w wydarzeniach: Szeregowego Johna Fitzgeralda i Heinricha Severloha, nazywanego niegdyś również „Bestią z plaży Omaha”, zaczerpnięte ze strony: www.historycy.org

PerTutti - Logo
Helios - Logo
Mediatory - Logo
Miasto Rzeszów - Logo
Spotkania z podróżami - Logo
Rzeszów - Herb