Sidebar

Magazyn
Typografia
  • Smaller Small Medium Big Bigger
  • Default Helvetica Segoe Georgia Times

Czy odkładając kolejną przeczytaną pozycję na półkę swojej biblioteczki, zastanawiasz się kim jest osoba, której nazwisko widnieje na okładce? Zauważamy chwytliwy tytuł, kolorową okładkę, interesującą fabułę, a autora pomijamy. Jednak pisarze to często barwne osobowości, posiadające ciekawy życiorys i intrygujący światopogląd. O pisarstwie, czytelnictwie i pracy tłumacza z Magdą Louis rozmawiała Sylwia Buksa.

Sylwia Buksa: Tłumacz w służbie publicznej w Wielkiej Brytanii, dziennikarka, pisarka, rzecznik prasowy. Kobieta pracująca, która żadnej pracy się nie boi?

Magda Louis: O nie, niektórych prac bym się bała. Na przykład operacji na otwartym mózgu. Poza tym, co wymieniłaś, można by dorzucić jeszcze „epizod” żużlowy. Przez 10 lat byłam menedżerem klubu żużlowego Ipswich Witches w Anglii. Różnorodność doświadczeń zawodowych czyni człowieka nie tylko mądrzejszym, ale i spokojniejszym.

SB: W 2005 r. wygrała Pani ogólnopolski konkurs „Pisz do Pilcha”. Pani opowiadanie pt. „Studnia” zostało wybrane przez samego Jerzego Pilcha spośród 3 tysięcy nadesłanych i ukazało się drukiem. Jednak pierwsza powieść (pt. „Ślady hamowania”) Pani pióra ukazała się dopiero w 2011 r. Czy to wyróżnienie jakim była wygrana w konkursie zachęciło Panią do wydania książki? Skąd 6 lat przerwy między wygranym konkursem a samodzielnym debiutem literackim?

ML: Było mi oczywiście bardzo miło, bo z tego co pamiętam, tylko 33 opowiadania zakwalifikowały się do druku, jednak wtedy nic z tego nie wynikło – ani dla mnie, ani prawdopodobnie dla innych finalistów. Musiało minąć kilka lat i wiele się zmienić, żebym zaczęła pisać prozę. Mówiąc krótko i banalnie – rozwiodłam się, przestałam pracować w żużlu, zakończyłam jedną ścieżkę zawodową i natychmiast zajęłam się czymś innym. Wydawnictwo Replika w 2009 roku ogłosiło konkurs pod hasłem „Świat kobiety”, o którym dowiedziałam się zbyt późno, ale zdążyłam wysłać na ten na konkurs mój debiut - „Ślady hamowania”. Książka zdobyła wyróżnienie, a ja drobne pieniądze. To był przełom, wtedy zaczęłam pisać na poważnie.

SB: Prowadzi Pani również kurs dotyczący pisania…

ML: Prowadziłam kurs pod nazwą „Warsztaty kreatywnego pisania” we współpracy z Wyższą Szkołą Informatyki i Zarządzania. Zrealizowaliśmy wspólnie projekt dla Kuratorium Oświaty w Rzeszowie. Myślę, że dzięki temu jak atrakcyjnie udało się połączyć teorię z praktyką, warsztaty spotkały się z dobrym przyjęciem. Oczywiście nie da się nikogo nauczyć genialnego pisania prozy, ale zawsze można poprawić warsztat pisarski i poznać sporo „trików”, żeby to co piszemy, lepiej się czytało.

magda louis1

SB: Biorąc pod uwagę osobiste doświadczenia, ale też obserwując uczestników kursu, co Pani zdaniem jest najtrudniejsze dla początkującego pisarza?

ML: Myślę, że jest wiele kwestii, które nurtują osoby, które zaczynają pisać. Najważniejszym jest odpowiedź na pytanie: o czym chcę napisać książkę? O zawiedzionej miłości? O tym, że strata boli dłużej niż cieszy zysk? O tym, że kto pod kim dołki kopie, ten sam w nie wpada? A może o tym, że mężczyźni wolą blondynki na przykład. Bez odpowiedzi na to pytanie, nie powinno się siadać do pisania.

SB: Czytałam, że będąc w Wielkiej Brytanii pisała Pani w nietypowych miejscach - m.in. w pociągach, na ławkach korytarzy sądowych, w więzieniach w oczekiwaniu na widzenie z podejrzanymi lub skazanymi, czyli wszędzie tam, gdzie koncentrowała się Pani praca jako tłumaczki.  Przypuszczam, że wielu osobom trudno sobie wyobrazić tworzenie powieści w takich warunkach. Dlaczego decydowała się Pani na pisanie w tych miejscach?

ML: Nie miałam innego wyjścia. Dużo pracowałam i cały czas byłam w drodze. Na filmach ma się wrażenie, że sytuacje w celach czy sądach dzieją się szybko, ale w praktyce każda sprawa, do której byłam wzywana trwała co najmniej 3 godziny, czasami 6, nieraz dłużej. Zabierałam ze sobą laptop i pisałam. Powiem więcej, nie przeszkadzał mi ten huk. Nawet tak się od tego uzależniłam, że później książki tworzyłam w kawiarniach, restauracjach, bo ten szum w tle był mi potrzebny. Wtedy to cisza działa na mnie źle. Ostatnie dwie książki pisałam w spokojnych warunkach, więc obecnie mój mózg działa już inaczej. Normalnie. (śmiech)

SB: Czy poza ciszą ma Pani jakieś specjalne warunki sprzyjające pisaniu? A może ulubioną porę dnia?

ML: To jest kwestia bardzo indywidualna. Tak jak wspomniałaś, pewnie byłam jedną z nielicznych osób, która była w stanie napisać trzy książki w huku. Faktycznie, posterunki policji, izby zatrzymań nie są ciche. Są głośne i śmierdzące. Tam cały czas coś się działo, a jednak wtedy mi to nie przeszkadzało. Natomiast jeżeli chodzi o porę dnia to, Joanna Bator mówiła, że jest pisanie nocne i pisanie dzienne.

Racja, moment zabójstwa lepiej opisuje się wieczorem, a rodzinny wyjazd na narty do południa, ale ja piszę tylko rano, do 14.00 powiedzmy. Mój mózg się szybko męczy. Natomiast nocą, tuż przed zaśnięciem, pojawiają się najlepsze pomysły.

To jest ten czas, gdy wyłączasz okoliczności, wyłączasz światło, obrazy i wówczas wyobraźnia się wypowiada. Noc sprzyja kreatywności, bo w ciągu dnia  wokół nas  dzieje się mnóstwo ważnych i nieważnych rzeczy.  Jak w takich warunkach coś wymyślić?

SB: „Chcę wierzyć w waszą niewinność” to literatura faktu. Postanowiła Pani zmienić imiona i nazwiska bohaterów oraz miejsca i daty wydarzeń. Czy łączenie faktów i fikcji literackiej to trudne zadanie dla pisarza?

ML: To nie tak, że ja postanowiłam. Ujawnianie nazwisk czy miejsc wydarzeń nie byłoby fair. Zresztą wydawnictwo Prószyński mnie przestrzegało przed ewentualnymi procesami. Książka jest oparta na faktach i osoby w niej opisane, czytając wiedziałyby, że to o nich, ale tylko one. Wszystkie miejsca, nazwiska i daty oraz niektóre okoliczności popełnienia przestępstw zostały zmienione.  Ja uwielbiam łączenie faktów i fikcji literackiej. W  najnowszej książce również zastosowałam ten zabieg, bohaterkę „Soni” poznajemy jak płynie do Polski ostatnim rejsem TSS Batory z Montrealu do Gdyni w 1987 roku, tym rejsem płynęłam ja.  Myślę, że książka zyskuje, gdy  opowieść umiejscowiona jest na tle konkretnych wydarzeń.

SB: 13 lutego miała Pani premierę nowa książka – „Sonia”.

ML: Książka porusza problem pedofilii. Obecnie bardzo dużo wiemy o ofiarach i sprawcach pedofilii. Ja skupiam się w najnowszej książce na najbliższym otoczeniu tych molestowanych dzieci - na rodzicach, rodzeństwie, szkole, sąsiadach. Na tych wszystkich osobach, które nad nimi powinny czuwać, powinny, a jednak tak się nie dzieje. Odwracają oczy. Proszę zauważyć, że  ofiary pedofilii nie funkcjonują w próżni, są obok nich rodzice, dziadkowie, rodzeństwo, nauczyciele, i zawsze wysyłają niepokojące sygnały, dają znak, że coś niedobrego się dzieje. Niestety w Polsce mamy kompletny brak edukacji na ten temat, poza straszeniem księdzem pedofilem czy wuefistą pedofilem. Nie mamy też systemu monitorującego przestępcę, który wychodzi na wolność. Za czyny pedofilskie w Polsce nie kara się zbyt surowo i po odbyciu kary, oni wychodzą na wolność, znikają i ślad się urywa.

Do napisania „Soni” sprowokowała mnie głośna sprawa otrzęsin w Gimnazjum Salezjańskim w Lubinie. Gdy zobaczyłam w tv ten dziwny rytuał, który polegał na zlizywaniu piany przez piętnastolatki z kolan rozkraczonego księdza, byłam absolutnie przerażona.

Kiedy media wzięły temat na warsztat, do kamery rozkrzyczały się  matki uczennic, broniąc ohydnych, poniżających praktyk oraz ich adresata, księdza Kozyrę, oskarżając media o manipulację. Brak edukacji, brak wyobraźni, zero odpowiedzialności za własne dziecko. I nie ważne, czy tamtejszy ksiądz posunął się dalej czy wystarczyło mu lizanie kolan, ważne, że większość matek nie widziała w tym nic złego, zdrożnego, poniżającego. Jeżeli rodzice nie uchronią dzieci, to kto ma to zrobić? Państwo, szkoła? Nagłośnienie tego, co wydarzyło się w Lubinie, przede wszystkim reakcja rodziców tych dziewczyn, była zapalnikiem mojej historii w „Soni”.

Wprowadzające

SB: To naprawdę trudny temat, ale też bardzo ważny. Dobrze, że są osoby, które nie boją się o tym mówić. Na pewno sięgnę po tę książkę.
A co Pani lubi czytać w wolnym czasie?

ML: Czytam głównie non-fiction, teraz świetną książkę Małgorzaty Rejmer „Błoto słodsze niż miód. Głosy komunistycznej Albanii”. Nie czytam bestsellerów, są beznadziejne. 

SB: Ma Pani jakiegoś literackiego mistrza? Wzór do naśladowania dla pisarza?

ML: Jak byłam młodsza, to chciałam pisać, jak François Mauriac, przeczytałam „Kłębowisko żmij” chyba cztery razy. Ale to było kiedyś. A teraz? Chciałabym być takim narratorem pierwszoosobowym jak Karl Ove Knausgård w wielotomowej autobiografii pod tytułem „Moja walka”. Sześć tomów opowiadania o sobie… Ktoś pomyśli: nuda! Ale pół świata zachwyciło się jego sposobem narracji. Moim zdaniem to najlepsza pierwszoosobowa narracja od wielu, wielu lat. Nie trzeba czytać całości, ja przeczytałam trzy tomy i byłam absolutnie zachwycona sposobem opowiadania. Bo czym jest książka? Opowieścią. Można wymyślić świetną historię, ale jeśli nie umiesz jej opowiedzieć, to ona przepadnie.

SB: Zauważyłam, że w Pani książkach często pojawia się motyw Anglii czy  emigracji. Nie sposób nie połączyć tego z Pani życiorysem. Dlatego chciałam zapytać co sądzi Pani o inspiracji – przychodzi do pisarzy sama wraz z życiowym doświadczeniem? A może należy jej szukać?

ML: To zależy… Ja pojechałam do Armenii szukać inspiracji, chociaż w głowie miałam już plan, że bohaterka książki jedzie tam w poszukiwaniu matki.  Te miejsca, w które ja jeździłam, później odwiedzała ona. Wydaje mi się, że ludzie powinni pisać o tym, na czym się znają, o tym, co jest im bliskie. Gdybym zaczęła opowiadać np. o tym, co działo się w Paryżu 200 lat temu, to byłabym kompletnie niewiarygodna. Oczywiście, gdyby wszyscy myśleli, tak jak ja, nie powstałaby żadna powieść historyczna. Natomiast ja po prostu lubię pisać o tym, na czym się znam, co jest mi bliskie, a jeżeli nie mam tego komfortu, to robię porządny research. Wyobraźnia autora nie zna granic, a inspiracją może być wszystko. Ostatnio na przystanku widziałam płaczącą kobietę trzymającą wielki doniczkowy kwiat. Od razu zaczęłam się zastanawiać: dlaczego płacze, dokąd jedzie, a ten kwiat w doniczce? Od jednego mało znaczącego wydarzenia, możesz zacząć wielką powieść. Nie musisz jechać na koniec świata, twoją inspiracją może okazać się osoba, którą spotkasz jutro na ulicy.

BGP2019ML 08

SB: Przez lata, pracując jako tłumacz, stykała się Pani z różnymi przestępstwami – począwszy od drobnych kradzieży aż po gwałty czy morderstwa. Na pewno nie była to łatwa praca. Co było w niej dla Pani najtrudniejsze?

ML: Moja bezsilność wobec tego, co się działo. Szczególnie jeśli chodzi o przemoc wobec kobiet. W tamtym czasie wielu Polaków wyjechało do Anglii, a tam poczuli się, jak na innej planecie. Wydawało im się, że mogą wszystko. Szybko dobrali się w pary, dużo pili, bo ciężko pracowali, więc w weekend trzeba się było wyluzować. Dziewczyny przychodziły na posterunek pobite, pocięte, zniszczone psychicznie, składały zeznania, następnego dnia je odwoływały. I tak w kółko. Ze wszystkich przepadków pamiętam tylko jedną kobietę, której udało się odejść od kata. Mąż pobił ją tak mocno, że aż oślepła na jedno oko. Po 2 latach od incydentu spotkałam ją w sądzie na ostatniej sprawie rozwodowej. Większość kobiet niestety zostaje ze swoimi oprawcami. Na początku miałam takie złudzenie, że ja im jakoś pomogę, jakoś je przekonam, ale to nie działało.

SB: A czy miała Pani problemy ze zbyt mocnym angażowaniem się w sprawy napotkanych na swojej drodze osób?

ML: Z czasem ogarnęła mnie tzw. „znieczulica”, uodporniłam się. Policjant ma do czynienia z przestępcą przy aresztowaniu, potem przejmuje go sąd, następnie skazany trafia do więzienia, a tłumacz jest przy nim na każdym z tych etapów. Wychodzisz z pracy, a te sprawy idą z Tobą do domu. Idziesz z tym spać i z tym się budzisz. Chciałam wierzyć, że te katowane kobiety, czuły, że mogą na mnie liczyć, ale ja im nie byłam potrzebna. Zresztą, nie byłam w stanie ich z tego wyciągnąć, mogłam im tylko powiedzieć, co zrobić, do jakich instytucji się udać. Nie zaprzeczam, moja praca odbijała się na moim zdrowiu psychicznym, tonęłam w oceanie ludzkich tragedii.

SB: No właśnie… W książce napisała Pani, że tłumacze, w przeciwieństwie do pracowników sądowych czy policyjnych, nie otrzymywali pomocy psychologa. Co Pani sądzi o takiej decyzji?

ML: Tłumacze bardziej potrzebują pomocy psychologicznej niż policjanci, ale tłumacze w Anglii są „najemnikami”, służby: policja, sądy, kurator, więziennictwo, nie traktują ich jako części zespołu. To źle, mam nadzieję, że to się zmieni.

[FOTO] Premiera książki "Sonia" Magdaleny Louis w Klubie IQ

SB: Z emigracji wróciła Pani po wielu latach. Z książki wiem, że było to spowodowane m.in. zmianami w regulacjach prawnych normujących pracę tłumacza. Czy powrót do polskiej rzeczywistości był trudny?

ML: 24 lata spędziłam w Anglii i 2 lata w Stanach, więc w sumie całe dorosłe życie. Wyjechałam zaraz po maturze, którą zdawałam w ’85. Anglia i Ameryka mnie ukształtowały, ale powrót nie był trudny. Tak jak po maturze wyjazd był dla mnie czymś naturalnym, tak w 2014 naturalny był powrót. Jedne drzwi się otwierają inne zamykają, najważniejsze, żeby nie siedzieć na przeciągu.

SB: Obecnie pracuje Pani jako rzecznik prasowy Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. Czy doświadczenie pisarskie przydaje się Pani w tej pracy?

ML: Na pewno, bo im więcej piszesz, tym lepiej Ci to wychodzi. Dziś mam takie poczucie, że można u mnie zamówić każdy tekst. Mogłabym nawet napisać esej albo poezję. (śmiech) Na uczelni zajmuję się też kwestią współpracy międzynarodowej i rekrutacją na kierunki oferowane w języku angielskim.  I znowu otwierają się jakieś drzwi… Przychodzą do mojego biura studenci z absolutnie fascynującymi historiami. Z Bangladeszu, Kenii, Zimbabwe, Kuwejtu, a ja sobie z nimi rozmawiam. Kto wie, co jeszcze może z tego wyniknąć…

SB: Co będzie w przyszłości robiła Magda Louis? Ma Pani jakieś dalekosiężne plany zawodowe?

ML: Po premierze książki w lutym, na pewno daje spokój pisaniu na jakiś czas. Na rok, dwa, może trzy, nie wiem. Jedno jest pewne - moja następna książka będzie bardzo zabawna. Napisze komedię, bo mam duże poczucie humoru, a moje dwie ostatnie pozycje to zdecydowanie nie są książki wesołe. Mam już nawet pewien pomysł… Opisałam wszystkie smutne historie, jakie przydarzyły mi się w życiu zawodowym, czuję, że teraz czas na te wesołe.

SB:  W takim wypadku życzę Pani wielu inspiracji i dużo radości. Dziękuję bardzo za rozmowę!

Rozmawiała Sylwia Buksa

 

PerTutti - Logo
Helios - Logo
Mediatory - Logo
Miasto Rzeszów - Logo
Spotkania z podróżami - Logo
Rzeszów - Herb
Pliki cookie ułatwiają świadczenie naszych usług. Korzystając z naszych usług, zgadzasz się, że używamy plików cookie.