Hantawirus nie jest nowym wirusem z internetu ani nagłą „chorobą sezonu”. Jego historia sięga XX wieku, a nazwa pochodzi od rzeki Hantan w Korei. To właśnie w tamtym regionie opisywano ciężkie zakażenia u żołnierzy podczas wojny koreańskiej.
Ludzie mieli wysoką gorączkę, osłabienie, krwawienia i problemy z nerkami. Przez lata nie było jasne, co dokładnie za tym stoi, dopiero później powiązano chorobę z wirusem przenoszonym przez gryzonie.
Szerzej świat usłyszał o hantawirusie w 1993 roku w USA, w regionie Four Corners, gdzie stykają się Arizona, Kolorado, Nowy Meksyk i Utah. Zaczęły tam pojawiać się tajemnicze przypadki ciężkiej choroby płuc. Chorzy, często młodzi i wcześniej zdrowi ludzie, najpierw mieli objawy podobne do grypy: gorączkę, bóle mięśni, ból głowy i zmęczenie. Potem nagle pojawiała się duszność, problemy z oddychaniem i bardzo szybkie pogorszenie stanu zdrowia.
Śledztwo epidemiologiczne wykazało, że źródłem były gryzonie, zwłaszcza myszy. Hantawirus znajduje się w ich moczu, ślinie i odchodach. Człowiek może zakazić się, kiedy sprząta stare pomieszczenia, piwnice, garaże, altanki, magazyny albo domki letniskowe i wdycha kurz zanieczyszczony odchodami gryzoni. Nie trzeba zostać ugryzionym. Czasem wystarczy pył unoszący się w powietrzu.
O co więc chodzi z hantawirusem? To choroba, która zwykle nie rozprzestrzenia się jak grypa czy COVID. Głównym problemem nie jest kontakt z innym człowiekiem, tylko kontakt z miejscami, gdzie żyły zakażone gryzonie. Wyjątkiem jest rzadszy wirus Andes z Ameryki Południowej, który może przenosić się między ludźmi przy bardzo bliskim kontakcie.
Objawy początkowo są mylące, bo przypominają zwykłą infekcję. U części osób choroba może jednak zaatakować płuca, serce albo nerki. W Europie częściej mówi się o odmianach związanych z nerkami, a w Amerykach o groźniejszych postaciach płucnych.
Nie ma powodu do paniki, ale jest powód by być świadomym.










